Dzisiaj publikuję dla Was drugą część postu dotyczącego zaskórników. Jak pisałam ostatnio, można zrobić wiele aby zapobiec powstaniu zaskórników. Jedną z form profilaktyki jest czytanie składu kosmetyków i analizowanie zdobytych na tej podstawie informacji pod kątem naszej własnej skóry.
To nie jest tak, że związki komedogenne dodawane są do kosmetyków po to, żeby nam zaszkodzić. Są to substancje, które mają z założenia pełnić zupełnie inną funkcję( np. wpływać na konsystencję). Producenci doskonale zdają sobie sprawę z nieświadomości konsumentów i ich braku wiedzy na temat składów. W większości przypadków chcą tanim kosztem wyprodukować produkt, który ktoś kupi. Następnym razem przybliżę Wam temat najróżniejszych chwytów marketingowych stosowanych w przemyśle kosmetycznym popartych przykładami ich zastosowania.
Jak już pisałam- to, co jednym pomaga innym szkodzi. Nie można tutaj uogólniać i mówić komuś, że składnik A spowoduje wysyp wągrów, podczas gdy u kogoś nic takiego nie ma miejsca. Warto jest jednak mieć świadomość, że niektórym składnikom przypisuje się działanie komedogenne. Takich substancji jest bardzo dużo, jednak chcę przybliżyć te najczęściej spotykane,
W internecie można znaleźć całe spisy związków "zapychających" wraz ze skalą komedogenności ( 0 do 5, przy czym piątka świadczy o tym, że po danym składniku można spodziewać się tego działania najbardziej).
Postanowiłam, że nie będzie to ostatni post z serii o zaskórnikach. Nie chcę pobieżnie opisywać każdego składniku. Wolę napisać więcej na temat jednej czy dwóch substancji w pojedynczym poście, żeby nie obciążać Was nadmiarem treści na raz.
PARAFINA - to bezbarwna i bezwonna substancja, którą pozyskujemy w wyniku destylacji ropy naftowej. Parafina jest bardzo szeroko wykorzystywana w najróżniejszych gałęziach przemysłu. Stosujemy ją przy produkcji świec czy papieru. Korzysta z niej także przemysł tekstylny, lakierniczy i kosmetyczny. Rynek parafiny w Polsce ma się nieźle. Koszty jej wytworzenia są niskie, a zatem można ją upychać niemalże wszędzie. Z dostępnych danych dotyczących zysków jednego z przedsiębiorstw zajmujących się m.in. wytwarzaniem parafiny wynika, że z roku na rok jego zyski z tego obszaru działalności są coraz większe. Jednakże skupmy się na właściwościach i wpływie parafiny na skórę.
Gdzie znajdziemy parafinę?
Jest to substancja na tyle popularna, że spotkać ją możemy w większości kosmetyków dostępnych na rynku. Znajdziemy ją w kremach, balsamach, produktach do włosów, paznokci, dłoni. Występuje w olejkach do twarzy, produktach dla dzieci, szminkach, podkładach, pudrach, korektorach i wielu wielu innych produktach. Nadmienię jeszcze, że wpływ, który parafina ma np na nasze dłonie czy skórę na łokciach jest troszkę inny niż w przypadku kosmetyków do pielęgnacji twarzy.
Parafiny widmo?
Załóżmy, że jesteśmy w sklepie i wybieramy krem. Czytamy jego skład i nie rzuca nam się w oczy nazwa Paraffinum. Szczęśliwi kupujemy opakowanie, zużywamy, wracamy po kolejne i tak dalej. W końcu, po kilku latach ktoś nas uświadamia, że Parafina w składach nie występuje tylko i wyłącznie pod jedną nazwą. Parafiny oznaczone bywają jako: Mineral oil, Petrolatum, Paraffin Oil, Paraffinum liquidum, Olej mineralny, parafina, olej parafinowy, Cera microcristallina, Vaseline, Ceresin, Isoparaffin, synthetic wax.
Skoro jest wszechobecna dlaczego szkodzi?
Parafinom przypisywane są właściwości natłuszczające, zmiękczające. Tworzy na skórze ochronny film, który zapobiega utracie wody, łagodzi podrażnienia. Stosowano ją nawet w przypadku zaburzeń trawienia. To wszystko nie jest nieprawdą. Należy jednak po raz kolejny podkreślić, że to , co dla dłoni jest zbawienne dla naszej twarzy już niekoniecznie.
Jak już zostało wspomniane- parafina tworzy na powierzchni naszej skóry warstwę. W ten sposób rozszerzone pory zostają szczelnie wypełnione. Jako, że powietrze nie jest sterylnie czyste- brud i kurz z otoczenia przyczepiają się do powłoki stworzonej przez parafinę. Blokuje ona gruczoły łojowe i blokuje wydostawanie się toksyn i potu " na zewnątrz". Ponadto wpływa negatywnie na procesy oddychania. Takie warunki sprawiają, że pod powłoką rozwijać się mogą bakterie beztlenowe, które powodują trądzik. Ponadto trudno jest się pozbyć parafiny.
Przykłady kosmetyków zawierających parafinę:
kremy: Nivea soft krem intensywnie nawilżający, Ziaja naturalny krem oliwkowy
mleczka: Ziaja mleczko nagietkowe, ogórkowe
makijaż: makeup Revolution The one foundation, Makeup Revolution cover and concealer, Essence soft touch mousse make-up, Catice camuflage cream, Revlon colorstay
... i wiele wiele innych
Przykład
Jeżeli mamy problem z tłustą skórą i do tego rozszerzone pory, za sobą wiele lat walki z zaskórnikami, a w nasze ręce wpadnie cudowny, szeroko rozreklamowany podkład w pięknym opakowaniu i do tego w promocji- nie patrzymy na jego skład. Kupujemy kosmetyk, idziemy do domu i testujemy. Nakładamy go do szkoły- koleżanki nam zazdroszczą wygładzonej cery, z dnia na dzień zyskujemy grono adoratorów- jesteśmy szczęśliwi. Czynność powtarzamy następnego dnia i tak przez jakiś miesiąc. Po pewnym czasie widzimy, że nasza cera nie jest już tak gładka, a bez makijażu boimy się, że własny pies nas nie pozna. Winę oczywiście zrzucamy na to, że po zakupie "cudownego" podkładu odwykliśmy od naturalnego widoku naszego oblicza i jedziemy z koksem przez kolejny miesiąc ignorując sygnały, które wysyła nam nasza skóra.
Mijają dwa miesiące i dramat. Całą twarz mamy w podskórnych grudkach, które w niektórych miejscach zdążyły już przeistoczyć się w ropne wypryski. Myślimy sobie, że to pewnie przez zjedzone trzy tygodnie temu czipsy i od tego czasu zamiast jednej warstwy podkładu kładziemy dwie.
Po trzech miesiącach nasza twarz wygląda jak papier ścierny, a my lądujemy u kosmetyczki, która jest szczęśliwa, że zrobi nam oczyszczanie skóry i w swej dobroci zlituje się nad nami, poopowiada o trądziku ( Jaki trądzik? Przecież ja nigdy nie miałam trądziku), da nam miniwersję jakiegoś kremu wartego tyle, co nasz super podkład, po czym zaprosi na koleją wizytę.
A my? Stosujemy dalej super podkład wraz z super kremem i nie widzimy żadnej poprawy. Na dobitkę kupimy sobie jeszcze opakowanie plastrów na wągry i rozniesiemy nasz problem na calutką twarz. Na tym etapie dochodzą problemy z samoakceptacją. Wyżywamy się na kim się tylko da i w bezsilności życzymy koleżankom niemającym tego problemu rychłej śmierci na stosie. W końcu wylewamy morze łez na jakimś forum internetowym . Ktoś radzi dermatologa. Gardzimy taką radą, bo wydaje nam się, że taki lekarz jest od jakiś ekstremalnych przypadków nie zdając sobie sprawy, że jesteśmy już blisko takiego stanu. W końcu idziemy na wizytę i dostajemy antybiotyk i nierzadko zalecenie zaprzestania nakładania makijażu na czas leczenia. Jesteśmy sceptyczni, ale i bezsilni. Słuchamy rady dermatologa. W końcu widzimy upragnioną poprawę. Zaczynamy interesować się tematem, bo stajemy się bardziej wyczuleni na zagadnienia związane z problemami skóry. Robimy spis kosmetyków, których używaliśmy przed pojawieniem się problemu i próbujemy zidentyfikować winowajcę.
W końcu dowiadujemy się, że parafina znajdująca się w składzie naszego podkładu ( występująca pod jedną z zamiennych nazw) na którymś z czołowych miejsc była jednym z głównych źródeł problemu. Plujemy sobie w brodę, że daliśmy się nabrać na chwyty marketingowe i zignorowaliśmy sygnały, które nasza skóra wysyłała od dłuższego czasu.
Na zakończenie
Podkreślę raz jeszcze. To, że parafina ma negatywny wpływ na skórę twarzy nie oznacza tego, że musimy wyrzucić wszystko, co ją zawiera i rozpocząć antyparafinową krucjatę najlepiej od zaraz. Nie da się żyć tak, aby całkowicie odciąć się od szkodliwych substancji. Wybierając kosmetyki do twarzy starajmy się aby ta substancja była na możliwie dalekim miejscu w składzie, co oznacza, że do produkcji kosmetyku użyto jej mniej. Zwracajmy uwagę na wszelkie sygnały jakie wysyła nam skóra( zwłaszcza kiedy stosuje
my nowy produkt). Stosujmy kosmetyki zgodnie z ich przeznaczeniem i w takich ilościach w jakich się je zaleca. Miejmy własne zdanie i nie obawiajmy się go bronić, kiedy ktoś na siłę przekonuje nas do swoich argumentów, które w naszym przypadku są bezwartościowe. Najważniejsze jednak jest to, aby wiedzieć z czym ma się do czynienia. Czytajmy składy, zgłębiajmy wiedzę na temat składników- nie dajmy się oszukać ani omamić utopijną wizją nieskazitelnej urody kosztem zdrowia.